Siewki na parapecie zaczęły wyglądać, jakby warunki lokalowe przestały im odpowiadać.
Przygotowaliśmy zatem wytworne apartamenty w skrzynkach po warzywach (tu wyrazy głębokiej wdzięczności dla rodziny, która owe skrzynki ofiarnie zbierała i przechowywała w mieszkaniu swem).
Franaszek pomagał w malowaniu apartamentów oraz otoczenia na żółto. Marysia z lubością nurzała ręce w świeżo podlanej ziemi. Opuchnięty łuk brwiowy (pamiątka po wczorajszym spotkaniu z bratem) oraz opuchlizna na czole (pamiątka po pierwszej w tym roku komarzycy) w połączeniu z patyną z zaschniętego błota nadawały jej wygląd dziecka skrajnie zaniedbanego. Rozważałam w związku z tym zabranie jej tak ucharakteryzowanej na zebranie do przedszkola, może umorzyliby nam część opłat?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Obrazowy opis, choć ilustracja byłaby wdzięcznym uwieńczeniem. Właśnie wróciłam z miejskiej działki z dzieciakami i patrzę na czarne smugi ziemi prowadzące od drzwi wejściowych do łazienki, jak znalazł:-)
OdpowiedzUsuńIlustracja, no nie wiem, nie wiem. Na wczorajszym przyjęciu komunijnym dzieci wystąpiły wprawdzie bez sińców, okaleczeń, nie były też w niczym utytłane (o dziwo), ale za to pochłonęły tak ogromne ilości jedzenia, że obserwujący musieli mieć wrażenie, że w naszym domu dziatwa jest głodzona.
OdpowiedzUsuńPrzeczuwam interwencję opieki społecznej.