Trzy koma sześć dekady temu
wysłałam mamie informację, że planuję wyprowadzkę. Wybierając po temu najmniej
stosowną porę, bo (przed)świt blady. Mamama próbowała przekazać tę informację
tacie, który wszelako, zaprotestował stanowczo „Nie idę dzisiaj po bułki” i
spał dalej.
Rocznicę tegoż wydarzenia uczciliśmy nie zaopatrując się w pieczywo. My, Marie
Antoniny.
Wspominaliśmy z bratem Jerzem Adamsa Douglasa i pojawiający się w
jednej z jego książek wątek nieusuwalnej kanapy.
Czytałam rzecz chyba na studiach jeszcze, więc
przepraszam za nieścisłości, ale kwestia polegała bodajże na znalezieniu się na
klatce schodowej kanapy, której wymiary nie pozwalały ani na jej wniesienie,
ani na zniesienie. Ot, taka niemożliwość fizyczna, uciążliwa dla lokatorów
starających się dostać do mieszkania.
Okazało się, że nie można poruszać takich tematów
bezkarnie, bo wywołują one nieuchronnie jakieś reperkusje. W niedzielę
przyoblekłam córce sukienkę. Nieczęsto to mi się zdarza, więc nie dziwiłam
się specjalnie, że proces odziewania przebiegał z oporami. Wieczorem wszelako
okazało się, że mamy do czynienia z ubraniem nieusuwalnym niczym wspomniany
wcześniej mebel. U Douglasa pomocne były, z tego co pamiętam, podróże w czasie,
ale ja ucięłam sprawę krótko. Obecnie dysponujemy kiecką bezramiączkową. Gdyby
ktoś reflektował, bardzo proszę (mogę jeszcze coś uciąć, w razie potrzeby).
Odkręciłam kran, umiejscowiłam dzieci w wannie i poszłam sprzątać. Kilkanaście minut później przypomniałam sobie, że mam dwa egzemplarze do umycia i weszłam do łazienki. Egzemplarze siedziały w milczeniu, a wody... Wody było w bród. No, do bród na pewno. Przykro było patrzeć na niemą rozpacz w oczach potomnych. Przyczaili się w ciszy, licząc na spektakularne zalanie mieszkania, a ja bezdusznie wszystko popsułam. Głupio mi.
Marysia lubi muzykę. Gustuje szczególnie w
wieczornym śpiewaniu, wykazując tym samym kompletny brak wrażliwości na rytm i
melodię, jako że wokalistka (w tej roli matka) fałszuje niemiłosiernie.
Repertuar jest codziennie podobny.
- Anie, anie! -zamawia córka.
- Panie Janie, Panie Janie - intonuję najcichszym z szeptów (w
przeciwieństwie do dziecka słyszę, jak bardzo drogi linii melodycznej i mojego
głosu się rozmijają).
- Kotki dwa, aaaaa! - wchodzi z drugim głosem Marysia i kontynuuje do końca,
nie bacząc na to , że spotniała ze stresu matka resztkami sił czepia się
piosenki o Janie.
Czy dwulatka może zostać zapisana do chóru? Sama niech sobie śpiewa, zmora jedna!
- Picia? – próbuję nieporadnie
zrzucić winę za brak zrozumienia na niewyraźną dykcję młodej.
- Ona chce książkę o Pluku –
dobiega z kąta kuchni, w którym Franaszek wznosi most z klocków.
Przynoszę. Marysia cała
ukontentowana.
Potem, w ramach przerwy na
uzewnętrznianie się, przerabiamy znienawidzony przeze mnie program zimowy „Ubierz
dziecko do wyjścia i przetrwaj”. Opatuleni wychodzimy na dwór, żeby oddać się niewinnym
rozrywkom typu odśnieżanie, wkładanie siostrze kija od szczotki w oko, albo
bicie brata po głowie wyrwaną mu wspomnianą wcześniej szczotką. I kiedy, lekko
zmrożeni, wracamy do domu na posiłek regeneracyjny złożony z pierniczków i kawy
zbożowej, córka żąda:
- Puka daj!
Ruchem niedbałym podsuwam jej
zatem książkę. Ku mojemu zaskoczeniu, Pluk wywołuje grymas niechęci.
- Ona chce młotek – Franaszek, z
lekkim zdumieniem, że mogłam tego nie zrozumieć, podnosi wzrok znad kawy, którą
próbuje za pomocą dwóch słomek pić doustnie i donosowo.
Odkrycie zapomnianej partii
pierniczków przy przekładaniu blach i odebranie znaleźnego, znacząco poprawia
nastrój poranny. I pozwala stawić czoła widokowi córki, wracającej z
przedsionka (czyt.: najbardziej brudnego miejsca mieszkania)m, ciągnącej za
troczek matki bluzę do spania i wołającej do niej „chodź!” (w domyśle: „Azorku”).
Usiłuję ci ja wieczorem wrócić do domu za pomocą
komunikacji pekaesowej, mrożąc się w tym celu na dworcu autobusowym i prowadząc
niezobowiązująca konwersację ze współmrożącą się na przystanku starszą panią.
Otrzymuję propozycję kupna biletu w cenie zniżkowej, bo starszej pani
przysługuje prawo do jazdy z opiekunem, a temuż z kolei przysługuje ulga.
"A uczniowie to przecież pieniędzy nie mają".
No proszę, można bez skalpela odmłodzić się o dwie dekady.
Niech żyje fatalne oświetlenie ulic w naszych okolicach!
Precz z okulistami!
Biegnę przyszyć tarczę do rękawa.
Święty Mikołaj wpadł do nas zostawiając swoje foldery reklamowe (wszędzie ten marketing!), autko dla Franaszka i krówki dla Łukasza. I naprawił mi internet. Zacnie!
Franaszek od wczoraj drżał, czy postawiony pod łóżkiem but wyda się Mikołajowi dość atrakcyjny. Przerobiliśmy kilkanaście wariantów ustawienia obuwia względem kanapy. W przyszłym roku zaopatrzę dziecko w makietę legowiska&buta. Z dwutygodniowym wyprzedzeniem.
Franaszek odczuł dziś potrzebę tworzenia i zapełnił lodówkę szeregiem stworzeń - w tym szybkobieżną owcą (to niebieskie z ośmioma nogami). Pozostałe rysunki przedstawiają "kosmosy". Na moje oko bardziej mikrokosmosy. Wydaje mi się, że rozpoznaję promienionóżki, orzęski i inne pierwotniaki.
Drugi dzień grudnia zaatakował
tak niespodziewanie! Ciągle był listopad i listopad, a tu nagle wieczorem
okazało się, że następnego ranka dzieci powinny zastać kalendarz adwentowy.
Poszłam zatem z torbami. Iść
skończyłam o trzeciej w nocy. Przy tak wątłej wydajności manufaktury nie
założę. Kolejna ścieżka kariery zamknięta przede mną!
Potomstwo mamy spragnione życia stadnego.
Potrzeba ta każe mu w nocy wpełzać do naszego łóżka.
Ja jeszcze nie mam źle, bo od mojej strony
nadciąga mniejsza gabarytowo Marysia, ale Łukasz przechodzi ciężkie chwile, gdy
w najgłębszym mroku nocy zaczynają dobiegać go komendy "Przesuń
się!", "Chcę tę poduszkę!", "Daj mi swoją kołdrę!"
Dlatego też wieczorami z kanapowych poduch powstają
zapory mające bronić przed inwazją drobiazgu. Spoglądając na Łukasza
piętrzącego coraz wyższe i rozleglejsze przeszkody mam wrażenie, że podobny
proces, stał się kiedyś impulsem do wzniesienia Chińskiego Muru.
Usłyszałam wczoraj, że PKP, celem
polepszenia jakości usług, ma w planach wydanie skromnych kilku milionów na
przeprowadzenie ankiety na temat swojego wizerunku w oczach pasażerów.
Uważam to za fantastyczne
posunięcie. Jestem pewna, że pozwoli o no na rozwiązanie wielu bolączek i
wprowadzenie udoskonaleń. Skromnych, bo koszty ankiety pochłoną znaczną część
przewidzianego na ten cel budżetu, ale jednak.
Bywa, że jeżdżę po okolicznych
powiatach. Walcząc za każdym razem z falą paniki, jako że nigdy nie mam
pewności, czy uda mi się sforsować drzwi przy wysiadaniu na mej, mało
uczęszczanej stacji.
Dlatego mam nadzieję, że starczy
funduszy na projekt „Wyjście z sytuacji”, w ramach którego przy wyjściach z
wagonów przygotowane byłyby zestawy łomów, otwieraczy do konserw oraz taranów
pozwalających podróżnemu na opuszczenie pociągu. Zamiennie każdy z pasażerów
mógłby otrzymywać ulotkę „Krótki kurs ataku” rozszerzony o porady dla matek z
dziećmi na ręku, czy osób o kulach (osób na wózkach nie wymieniam, PKP zna dogłębnie
ich potrzeby i wie, że nie chcą one podróżować kolejami. Dlatego nie wprowadza żadnych
rozwiązań, które pozwoliłby im samodzielnie wjechać do pociągu).
Ach, jakież by to było
udogodnienie! Nie musiałabym więcej lustrować współpasażerów pod kątem budowy i
krzepy fizycznej. Żadnych szemrzących próśb: „Czy mógłby mi pan pomóc w
otwarciu drzwi?” Krótki rozbieg,
uderzenie z barku i już byłabym na zewnątrz!
Za oknami zrobiło się jakoś pusto. Nie pnie się nic, żadne pędy nie wdzierają się do środka. Wcale mnie to nie cieszy, że powtórzę za Andryszkiem Pierwszym. Toteż zamiaruję sporządzić girlandę z gałęzi iglaków i umiejscowić ją na parapecie.
Wyprawiliśmy się dzisiaj po materiał konstrukcyjny. Zrywając przy okazji bukiecik groszku pachnącego. Na Boże Narodzenie spleciemy wieńce z niezapominajek i stokrotek.
Instytut meteorologii informuje o możliwości wystąpienia lokalnych zawiei okołopodłogowych.
Zamieci natomiast nie będzie dopóki matka się nie pofatyguje ze szczotką.
Wygląda na to,
że córka z opóźnieniem odkryła, że język prywatny nie istnieje i stara się
przejść na polski.
W każdym razie
rezygnuje ze sformułowań tylko sobie właściwych („blamdzitata odeli ziu ziu”),
na rzecz brzmiących bardziej znajomo „ja sama”, „piosę”, „nie kcę” (to ostatnie
stanowi podstawę komunikacji). Najczęściej wymawia przy tym tylko część wyrazu,
więc trzeba być czujnych wychwytywać kontekst wypowiedzi. Ćwiczymy zapamiętale różne
fascynujące zwroty.
- Nogi.
- Ogi?
- No –gi! Powiedz
„no”.
- No.
- Mhm, „gi”?
- Gi.
- No-gi.
-Ogi?
Brakuje mi
jednak pewności, czy rzeczywiście mamy tu czynienia z nauką języka ojczystego.
Na niedawnym spotkaniu z (fantastyczną zupełnie) Iwoną
Chmielewską, przywołana została postać Hansa Arpa. I to zasiało we mnie
podejrzenie, że młoda w istocie tworzy poemat dadaistyczny.
Marysia przepada za lalkami typu bobas. Jesteśmy dość powściągliwi w zaopatrywaniu dzieci w zabawki i mówiąc prawdę sądziłam, że lalki pojawia się w naszym domu dopiero na etapie przedszkola i towarzyszących mu fascynacji chłamem typu plastikowe roboto-pojazdy, czy lalunie o urodzie Miss Prosektorium. Ale, że tak pozwolę sobie zatruizmować, życie lubi zaskakiwać i w córce zakwitła miłość do sztucznych niemowląt. Uczucie to trwa już kilka miesięcy, toteż zaczęłam się łamać i szukać jakiegoś na prezent gwiazdkowy. Mam za sobą wyczerpującą sesję wpatrywania się w zdjęcia kolejnych śpiewających, ruszających się i świecących (sic!) potworków. Nie znałam skali, na jaką produkowane są ohydne zabawki. Po tym przeżyciu nic już nie będzie takie jak dawniej.
Jestem stuprocentowo przekonana, ze szanująca się, idąca z duchem czasu czarownica zamiast oklepanego maku z piaskiem kazałaby Dratewce rozdzielić pomieszane puzzle. Oraz połączyć w pary skarpetki po praniu. .
Od rana wszyscy żyją lotem Dreamlinera. Ubogie słownictwo córki wzbogaciło się o wyraz "dimdim". Nawet brat Jerz wysłał w tej sprawie komunikat smsowy. O inny kontakt byłoby ciężko. "Trochę trudno nam było rozmawiać, bo tego roku odrzutowce szczególnie
jakoś licznie się zleciały i pola startowe za stodołą sobie uwiły, coraz
też któryś w powietrze wzlatywał i głośnym świergotem swoim słowa
nasze tłumił".
Uczyniliśmy sobie własnego Dreamlinerzyka, takiego na miarę naszych możliwości. A co, stać nas!
.
Ledwie udało się wygnać znad stawów jelonka, który od wielu tygodni ni ogrodzenia sforsować nie potrafił, ni znaleźć bramy; a już okazało się, że w ogrodzie mamy sarnę.
Kiedy się budzimy, widzimy ją za oknem jak, wdzięcznie upozowana,
skubie trawę stanowiąc żywą reklamę zdolności ogrodniczych Łukasza.
Próbowałam zdjąć moment skracania źdźbeł trawy, ale sarna wyczulona jest na paparazzich. Nici z pierwszych stron w tabloidach.
Zbilansowana dieta matki obejmuje zjedzenie tabliczki gorzkiej czekolady po tym jak córka wchłonie:
miskę rosołu przewidzianą dla siebie, 1/3 porcji brata i oraz zawartość talerza rodzicielki.
Na drugie przewidziany był nadziewany, pieczony kurczak.
Niestety - jest tylko jeden.
Może Franek i Łukasz zgodzą się na posiłek złożony z resztek czekolady, bo córuchna z pewnością będzie chciała wrzucić na ząb coś konkretniejszego.
W związku z powrotem psiska-znaleziska do prawowitych właścicieli, trochę tęsknimy za własnym czworonogiem. Rysowałam dzisiaj zatem pod dyktando syna portret pamięciowy (czyt.: wyobrażeniowy) wymarzonego psa. Na wszelkie odstępstwa od stawianych żądań (łaty, inny kolor lub figura), potomek reaguje histerią. A więc: chcemy psa formatu A4, w słonecznożółtym kolorze i z głową w kształcie kubła.
Modernizacja linii kolejowej na odcinku Kuchnia-Pokój. Podróżnych informujemy o możliwości opóźnienia, wywiedzenia w pole i sprowadzenia na manowce ( w dowolnie wybranej konfiguracji).
Przyjechała warszawska babcia - historyk sztuki, więc twórczość malarska się rozwija. Jakby co, to Kossaki robimy od ręki. A tu Planty Wyspiańskiego, jak sądzę.
Zima, Anny odlatują do deszczowych krajów wzgardziwszy gościną w
luksusowych naszych apartamentach (goście mają do wyboru nocleg w
kuchni, wannie lub przedsionku - pełen wachlarz możliwości), komfortowo i wytwornie urządzonych.
Nie pojmuję. Wszak piękne mamy niechlujstwo, z astronomią złych pająków. A kto zanocuje, ten odjeżdża w popłochu. I czemu?
Jest rzeczą oczywistą i nie wymagającą dodatkowych wyjaśnień, że dzieci, których w ciągu tygodnia nie da się rano dobudzić, w sobotę wstają przed siódmą
Potomstwo pozostawione samo sobie rozpoczyna prace dewastacyjne. Pilnie
potrzebujemy jakiś czasożernych, mniej destrukcyjnych zajęć. No bo ile
można wyklejać biedrony z nadczynnością tarczycy (vide: wytrzeszczone
oczy) i jedną nóżką bardziej?
Potomek został zwrócony z placówki oświatowej w nastroju nieprzysiadalnym. Próby obłaskawienia poprzez złożenie daniny z czytania bajki, robienia pieczątek z ziemniaka czy ugniatania masy solnej nie przyniosły rezultatu. W końcu przystał na robienie barwionego ryżu.
- Jaki kolor bierzemy?- zapytałam, przynosząc krepinę.
- Czarny - zaordynowało dziecko.
Odkryłam nową kategorię obok czarnego humoru - czarny optymizm.
Przywiezione z Miasta schody okazały się absolutnym przebojem.. I zarzewiem konfliktu jednocześnie.
.Od
rana trwają przepychanki, kto jest bardziej godzien na nich zasiadać.
.Wychowywanie na parterze zdaje się powodować niedobory wzniesień w
organizmie. Muszę o tym pamiętać przy następnej wizycie z dziećmi w
Warszawie. Suplementacja wyżyn przez wejście schodami na taras widokowy
Pałacu Kultury powinna pomóc.