Ten niesympatyczny osobnik z
malującą się na pysku dezaprobatą, to jest (w przybliżeniu) okoń. Obiekt
westchnień Marysi.
Młoda chodzi po domu ze śpiewną i monotonną inwokacją na
ustach: okoniu, okoniu! I tak przez całe przedpołudnie.
Dość mam drania, szukam remedium na niego. Co to, innych ryb nie ma?
Toż to...aaaaa konikomania! U mnie w pełnym rozkwicie:-)
OdpowiedzUsuńU Ciebie chyba młoda poszła w meble? Kredensomania?
Usuńhahaha okoniu, okoniu ;) popłakałam się :D
OdpowiedzUsuńJak jutro usłyszę od córki znów okonia, to też zaleję się rzewną łzą!
OdpowiedzUsuń