Czytanie małoletnim dzieciom w pierwszych latach ich życia grozi zwichnięciem szczęki na skutek ziewania. Te wszystkie zdania więcej niż proste. Te treści askomplikowane. I ta wywołująca dreszcze powtarzalność cowieczorna (książeczka o przygodach koszatki po raz trzysta sześćdziesiąty czwarty w tym roku). Zieeeew.
Kiedy przebrnie się przez ten koszmarny okres nadchodzi miła odmiana i można sięgnąć po bardziej złożone teksty. Bez szaleństw (zresztą po dwóch latach odmóżdżających książeczek branie się za coś
bardziej wymagającego skończyłoby się najpewniej paraliżem mózgu matki), niemniej jednak.
Nie miejmy jednak złudzeń - nie wyszliśmy jeszcze na prostą, o nie! Teraz dopiero zaczyna się równia pochyła.
Na ten przykład: czytamy synowi swemu wierszyk "Krasmarudek". Po przeprowadzeniu sekcji tytułu, mającej na celu pokazaniu jednej sztuce potomstwa co to jest neologizm, przechodzimy płynnie do głośnej lektury.
"Niby mały, cichy ludzik...
a jak zacznie raz marudzić,
jak się zacnzie głośno wściekać,
pieklić, złościć i narzekać,
to go słychać na kącie" - wygłaszamy z emfazą.
Dalej, nabierając przyspieszenia (może dzisiaj uda się szybciej zakończyć seans książkowy), wbijamy się głową w mur, gdyż w następnej części utworu pada:
"Krzyż się chwieje na Giewonie"
Jasny gwint, czy on wie co to Giewont?
- Giewont to taka góra synu, z krzyżem na szczycie - kurza twarz, rytm wiersza mi się zgubił. No to jeszcze raz może
" Krzyż się chwieje na Giewoncie,
drży smażalnia ryb w Jastarni (Jastarniatotakamiejscowośćnadmorzem),
podskakują balie (balietotakiedrewnianemisywktórychdawniejsięprało) w pralni,
jedna w Żorach (miejscowośćtotakajestsynkujakWarszawanaprzykład), druga w Żninie,(toteżmiejscowośćjest),
tańczy kurnik w Poroninie (domyśliłeśsiężetomiejscowośćprawda?),
a kilometr od Wałbrzycha (spuśćmy zasłonę milczenia na Wałbrzych)
prycha trabant (prawieauto) pana Zdzicha".
I tak dalej.
Z zakamarków pamięci wynurza mi się wspomnienie myśli Donalda Davidsona*. Z tego, co nie pamiętam, miał onże pomysł interpretacji radykalnej - aktu całościowego rozumienia obcego języka. Żadnych zabaw w przekładanie poszczególnych elementów "a co to jest Giewont?", "o co chodzi z tą balią?". po prostu ciach i po krzyku.
To by było coś dla mnie. Żadnych tłumaczeń. Może nawet żadnych dziecinnych lektur, tylko od razu "Trociny" czytane na głos. Trochę mnie niepokoi to, że nie wiem ile czasu trwa dojście do tego całościowego objawienia językowego. Jeżeli czeka mnie kilka dekad etatu lektora, to idę złożyć podanie o dymisję.
*) Z tego oto tu miejsca przepraszam za nadużycie, wypaczenie i przedstawienie w świadczący o kompletnym niezrozumieniu sposób myśli tegoż filozofa.