czwartek, 5 listopada 2009

Przeminęło z wiatrem


Od kilku dni na zewnątrz trwały intensywne prace nad zmianą scenografii. Wiatr sumiennie ogałacał z liści te drzewa, które nie poddały się nocnym mrozom.  Dziadek podolski, który zawsze zżyma się, że widok na kościół zasłania nam jedyne w okolicy wysokie drzewo, powinien być zadowolony - nareszcie widać dzwonnicę.
Jesień jest jednak surowa dla drzew - z niektórych  tylko cień został.

środa, 4 listopada 2009

Czas suszy

"Patrz no, mamy  Pankiewicza",  powiedziałam młodemu. Za oknem, w ciemności połyskiwały białe łaty śniegu. Zupełnie jak "Łabędzie w Ogrodzie Saskim nocą" (malarzowi tak naprawdę chodziło na pewno o "Pierwszy śnieg w ogrodzie"). Nagle wiatr wwiał w pole mojego widzenia jakąś tkaninę, w której w nagłym błysku olśnienia poznałam wywieszoną rano pościel. Podjęta natychmiast akcja ratunkowa zakończyła się sprowadzeniem do domu dwóch kompletnie przemoczonych kołder i pary zziębniętych koców. Całe towarzystwo schnie teraz w łazience. Zanosi się na to, że dzisiejszej nocy ogrzewać nas będą jedynie ciepłe uczucia.

Zatarg

Ulubioną wieczorną lekturą Łukasza jest gazeta "Anonse", zamieszczająca oferty sprzedaży samochodów, koparek, ciężarówek i innych motoryzacyjnych obiektów pożądania. Problem w tym, że o dostęp do prasy walczy też potomek, lubiący nadać czasopismom miłą dla oka formę strzępów. Przed chwilą został rozszarpany najnowszy i - jak mi się wydaje - jeszcze nie czytany egzemplarz. "Chyba zadarłeś z tatą", mówię młodemu. A ten nie słucha, drze dalej.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Umiarkowany





Podczas po(d)siedzenia Okrągłego Stołu  Franciszek zajął się złożoną kwestią.
Fot.: Kwestia podczas rozkładania.

piątek, 30 października 2009

On pesymistuje.

Relacjonuję Łukaszowi jakieś zajście z udziałem Franka, z ktrórego finału potomek nie był zadowolony. Toteż kończę opowieść słowami "Nie był kontent".
"Był malkontent",  podsumowuje Łukasz

czwartek, 29 października 2009

Dania krajobrazowe



Odkąd luba dziecina zaprzyjaźniła się z katarem, ograniczyliśmy kontakty z cywilizacją do absolutnego minimum.  Naturalnie z troski o to aby nie narażać cywilizacji na zagładę po zetknięciu ze Straszliwym Franciszkowym Zaziębieniem.  Przechadzamy się więc po pejzażu łąkowym, obfitującym w strojne rosą źdzbła traw, piasek zroszony łzami deszczu oraz inne przyczyny przemoczonego obuwia. Między rojeniami o wymianie wszystkich posiadanych par szpilek na kalosze, dostrzegam dekoracyjność landszaftu. Wierzby się rosochacą,  postmalinowe chruśniaki  i kaliny czerwone gromadzą się licznie - po prostu bajka. Przyjezdnym powinno się wręczać kartę dań wzrokowych. Krajobraz chopinowski jako danie główne i  leśmianowskie wariacje na deser. Dla bardzo łakomych kanapka z Schulza na dokładkę, pod warunkiem, że odważą się zapuścić na nasz strych.

PS       Tu też niezłe menu: http://janwsol-pl.blogspot.com/2009/09/brums-marka.html

środa, 28 października 2009

Makijaż - trendy 2009


W naszej kotłowni stężenie sadzy przekroczyło dopuszczalne granice, więc Łukasz po południu się przebranżowił i udawszy na dach pełnił obowiązki kominiarza. Wrócił efektownie i trwale umorusany. "Nowy tusz, marki LaComin", oznajmił, gdy okazało się, że nawet kąpiel nie zmyła czarnych obwódek wokół oczu.

poniedziałek, 26 października 2009

Raport z oblężonej twierdzy

Na dworze zrobiło się tak ciepło, że nawet kury wyszły spod samochodu. Jest to zdarzenie niezwykłe, bo od kilku tygodni całymi dniami obserwują podwozie Łukaszowego auta. Zaczynałam już zapominać  jak te stworzenia wyglądają. A tu proszę, taka niespodzianka. Niestety, wyższa temperatura obudziła też osy, które zaczęły zapamiętale szturmować nasz dom. Specjalnie im się nie dziwię, bo na kuchni smażą się powidła z zebranych w niedzielę przemrożonych węgierek. Tak słodkich, że sama ledwo się powstrzymuję od latania wokół garnka. Co nie zmienia tego, że bezlitośnie niszczę stingi. Efekt dotychczasowych zmagań: 6:0

Radiologia

Mieszkamy w miejscu, w którym fale radiowe zwijają się spiralnie, wkręcają w ziemię i przepadają bez śladu. Radio działa chimerycznie bądź wcale, a wybór kanałów jest nieograniczony. Pod warunkiem, że chce się słuchać dwóch stacji na krzyż, z których jedna co jakiś czas staje się niema. Pozostaje wtedy słuchanie radia Merkury, nadającego z sąsiedniego województwa i zajmującego się  życiem Poznania. O ileż uboższe było nasze życie gdy nie mieliśmy informacji o korku na Rondzie Kaponiera, bądź robotach drogowych na Śródce! Mamy nadzieję, że za jakiś czas usłyszymy spikera z rozgłośni katowickiej. Na nasze lokalne stacje nie liczymy. Pewnie słuchają ich mieszkańcy Zakopanego.

niedziela, 25 października 2009

Znajdź szczegół, którym różnią się te dwa obrazki


Brakuje nam tylko Praktycznej Baryłeczki do przechowywania Różnych Różności.

CBO - Centralne Biuro Ociepleniowe


Koalicja na Rzecz Domowego Ocieplenia. Panowie odpowietrzają kaloryfer.

Zimnocieplnie

Temperatura podłogi  w naszym przytulnym lokum przywodzi na myśl wakacje na lodowcu. Chodzenie po niej bez otuliny termoizolacyjnej jest wysoce nierozsądne. A jak wiadomo, niemowlęta mają to do siebie, że kontakt z podłożem jest im niezbędny aby mogły bez przeszkód rozwijać umiejętność wkładania palców do kontaktów oraz wysypywania rzeczy z szuflad. Nie chcąc pozbawiać Franka tych przyjemnostek poszłam na daleko idące ustępstwa i zgodziłam się  na położenie dywanu. Jako licencjonowany astmatyk, mam dreszcze na samą myśl o jakiejkolwiek wykładzinie, ale dotychczasowe doświadczenia pokazują, że ewolucja to ściema, bo potomek nie chce się przystosować do niskich temperatur i nie pokrywa się gęstym futrem. Wyłożyliśmy więc podłogę czym się dało i gdzie się dało. Efekt wizualny jest więcej niż oszałamiający i z pewnością zasługujemy na pochwałę za odważne łączenie kompletnie nieprzystających stylów.
Dziecko jest wniebowzięte. Skrupulatnie wyszukuje te nieliczne miejsca, których nic nie okrywa i grzecznie sobie na nich leży.

Nad rodzica cenniejsza poziomica

W piątek dziadkowie zawieźli nas na kontrolę do lekarza. Pani doktor zaaprobowała i dopuściła do obrotu Franka, zaznaczając, że mamy go zniechęcać do spacerów przy meblach. Stoimy teraz przed trudnym zadaniem powtórnego spoziomowania potomka.
Wpadliśmy także z kurtuazyjną wizytą do pediatry, licząc na to, że podrzucimy mu męczący nas katar. Nic wszakże nie wskóraliśmy, widocznie ktoś nas ubiegł i dostarczył ciekawsze mikroby.
Nasyceni kontaktami ze służbą zdrowia, wracaliśmy dodom, zahaczając o rynek, na którym babcia Zosia miała do załatwienia nie cierpiące zwłoki sprawy. Zniknęła na dłuższą chwilę, po czym wróciła z workiem papryki i sensacyjną wiadomością:
- Wiesz, że ten już stoi i sprzedaje kwiaty? - zwróciła się do dziadka, wsiadając do samochodu - Ten, co ma gospodarstwo przy cmentarzu komunalnym. Jak on się nazywa, nie pamiętam. No ten, co wziął i umarł.
- Umarł i stoi? - zaniepokoił się  lekko dziadek.

czwartek, 15 października 2009

Ryki Martin

Syn w ostatnich dniach zaczął imponująco chrypieć, czyniąc konkurencję Cohenowi i Cockerowi pospołu. W związku z tym zamiotłam wczoraj pod dywan gruzy planów weekendowego wyjazdu . A tu niespodziewajka, bo dzisiaj odwiedzony pediatra pan udzielił nam  dyspensy na podbój stolicy. Jutro zaczynamy tournee. W programie  utwór "Wrzask" - wokalna odpowiedź na "Krzyk" Muncha. Podczas następnego występu artysta odniesie się do "Skowytu" Ginsberga.

Ufff...

"W wielu miejscch drogi są nieprzejezdne z uwagi na zwalone komary" powiedział spiker. Spojrzałam z niedowierzaniem na sufit. Na szczęście (?!) nasze komary wyglądają kwitnąco. Mimo zaawansowania października stado nie zeszczuplało specjalnie.

poniedziałek, 12 października 2009

Dom w rozlewisku

Dzietsko zasadniczo potrafi trafić łyżką z pokarmem do dzioba. Co którąś jednak kolejkę uznaje za stosowne dokonać malowniczego rozbryzgu (lub rozchlupu, w przypadku dania bardziej płynnego). Siadając z potomkiem do posiłku zapobiegawczo zakładam fartuch. Nie od rzeczy byłaby też maska, jaką przywdziewają spawacze, bo Franek wiele czasu poświęca na ćwiczenie wymowy "p". A jest to spółgłoska o dużej sile rażenia, szczególnie, gdy w menu figurują buraczki.
Nie żebym narzekała. Nawet kibicuję Frankowi, bo efety jego poczynań odwracją nieco  uwagę od śladów na suficie, jakie powstały, gdy dnia pewnego otworzyłam termos zawierający  tygodniowy kompot z moreli. To, w co przekształcił się wspomniany napój, wybuchło w sposób wybitnie efektowny. Przetestuję jeszcze kilka przetworów i zostanę specem od efektów specjalnych.

piątek, 2 października 2009

Lepsze jutro

Za sprawą prostego zabiegu przygotowania do jutrzejszych wydarzeń weszły w fazę finalną. Okroiłam po prostu menu o jedną czwartą oraz uznałam, że bałagan w mieszkaniu wzmaga poczucie przytulności.  Gdyby nie babcia Zosia, która dzielnie pichci rozmaite specjały, żołądki gości wystawione zostałyby na ciężką próbę. Szukam teraz rozwiązania, które pozwoliłoby mi uniknąć prasownia rzeczy na jutro. Może ogłoszę, że najmodniejszy w tym sezonie jest gniot-look?

czwartek, 1 października 2009

Trzask, prask i potrzask.


Potomek nie jest może duży, ale drapieżny owszem. Na zdjęciu: wujek Jerzy w potrzasku. Drżyjcie goście sobotni!

niedziela, 27 września 2009

Lista zadań na minioną sobotę:
1.Zakupy na przyszłosobotni obiad dla osiemnastu gości.
2. Wysłanie ultraszybkiego listu z arcyważnym papierkiem.
3. Posprzątanie, by osiemnastu przyszłosobotnich gości nie doznało wstrząsu anafilaktycznego na skutek wprowadzenia do organizmu zbyt dużej ilości bałaganu.
4. Przetworzenie zakupów w obiad.

Lista zadań na poniedziałek:
1.Zakupy na przyszłosobotni obiad dla osiemnastu gości..
2. Posprzątanie, by osiemnastu przyszłosobotnich gości nie doznało wstrząsu anafilaktycznego na skutek wprowadzenia do organizmu zbyt dużej ilości bałaganu.
3. Przetworzenie zakupów w obiad.

sobota, 26 września 2009

Ognisko zarazy.

Doszło do kolejnego ogniska. Ewentualnych zainteresowanych informuję, że wieczory są jeszcze dość ciepłe, by leżeć na ziemi. Pod warunkiem, że wcześniej zwędzi się nieletniemu dziecięciu karimaty, na których wspomniane dziecię zwykło doskonalić się w sztuce pełzania.
Część gości wykazała się instynktem samozachowawczym i wraz z nastaniem wieczoru wycofała się domów. Łukasz wszakże dopadł dwóch przyjaciół z czasów szkolnych, toteż odwrót znad pogorzeliska długo nie wchodził w rachubę. Zdaje się,  że podjęta została próba omówienia wszelkich wydarzeń z okresu uczniowskiego. Katalizatorem wspomnień było piwo Kujawiak. A że wspomnień nazbierało się wiele...
Sądząc po odgłosach, w chwili obecnej  Łukasz próbuje zaprowadzić gości do pokojów na piętrze. Na razie nie udało im się sforsować parteru. Prawdę rzekłszy, głosy oddalają się coraz bardziej - jeżeli więc natraficie na trzech byłych uczniów lekko odciętych od rzeczywistości, skierujcie ich do mnie.

Platonicznie

Wuj Jerz nareszcie nas odwiedził. Oprowadziliśmy go po okolicy, choć sanatoryjny jej urok umiarkowanie chyba  chwycił go za serce. Głównie z winy tego, że nie udało nam się natrafić na lokalną atrakcję muzyczną w postaci piosenek Maleńczuka przerobionych na disco polo. Czyje ucho tego nie zaznało, ten nie wie, czym są Dobro, Piękno i Prawda.

Panu się nie należy

Nie wiem, który dokładnie element konstrukcji dziecka nie pozwala mu leżeć spokojnie w wózku, tylko każe natychmiast odwrócić się na brzuch i podejmować uporczywe próby wypadnięcia. Młodzież ma teraz jakieś dziwne oprogramowanie instalowane.
Zwracam prowadzącemu wózek Łukaszowi uwagę, że młody znów nie leży jak powinien. "Należało mu się" stwierdza ojciec syna mego.

środa, 16 września 2009

Przezorny Zawsze Ubezpieczony

Na wypadek, gdyby wywiązać się miała niepotrzebna dyskusja, dziecko ma na podorędziu przeważający argument.

Ciągoty

- Następnym razem jak cię zobaczę, masz przyjść za rączkę - powiedział pan pediatra do Franka.
- Mam go przyciągnąć? - zapytałam ochoczo.

wtorek, 15 września 2009

Przekomarzamy się

Jako że cierpimy w domu na przeludnienie typu komarowego, w niedzielę udaliśmy się do lasu. Było to rozsądne posunięcie, bo w leśnych ostępach komary występują zdecydowanie mniej licznie.  Udało nam się nawet pójść na spacer, choć Łukasz i Franek byli zdania, że piękno przyrody najlepiej kontemplować z wnętrza samochodu. A już szczególnie wrażliwym na naturę jest się podczas spania na rozłożonych fotelach tegoż pojazdu..
Podczas przechadzki spotkaliśmy jednego grzybiarza oraz panią, którą mylnie zaliczyliśmy do tego samego, co on gatunku. Pani tymczasem okazała się zbieraczką noży - podniosła jeden z trawy i podążyła za grzybiarzem. Dalszego ciągu wolę się nie domyślać.

czwartek, 10 września 2009

Stracił głowę


W ubiegłą niedzielę zostaliśmy wysłani przez mamę Łukasza po śliwki. Jak się okazuje, wśród drzew czereśni przyczaiła się jedna śliwa. Do tej pory nikt nie miał pojęcia o jej istnieniu, ale w tym roku obrodziła pięknymi owocami, więc tak jakoś wpadła nam w oko. Śliwkobranie zostało przeprowadzone, ale wykonane przy okazji zdjęcie ujawniło, że są wśród nas pewne osoby (nie będę pokazywać palcem) bez głowy. Przy odrobinie dobrej woli i wyćwiczeniu potępieńczych jęków, Łukasz ma szansę stać się lokalną atrakcją turystyczną. W pobliżu mamy nawet ruiny zamku, w których mógłby straszyć. Jak się podszkolę w przenikaniu przez ściany, dołączę do niego w charakterze duszycy.

Biznesplan

Od czasu pobytu nad morzem Franek z upodobaniem szura brzuchem po podłodze. Łukasz zwraca się do niego "mopiku" i snuje plany założenia firmy sprzątającej.
Fot.: Franek serwisuje krzesło (komentarz Łukasza).

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Kartka z podróży

W drodze do Gdańska minęliśmy szosę obsadzoną drzewami rosnącymi tak równo, że całość przypominała ilustrację z czytanki ("To pole. Ola hula po polu"). Chciałam się tym ważkim spostrzeżeniem podzielić z Łukaszem, ale umknęło mi słowo "elementarz".
- Jak się nazywa książka, z której dzieci uczą się czytać? - pytam zatem.
- Analfabetarz - z politowaniem podpowiada Łukasz.

niedziela, 23 sierpnia 2009

Zadyma

Franek od rana roztaczał wokół siebie subtelną woń wędzonki, co nawet niezorientowanym pozwalało domyślić się, że wczoraj płonął stos a na nim kolejne kiełbaski posądzone o czary.
Paliło się zacnie. Udoskonalony system połączonych karimat pozwolił inkwizytorom swobodnie leżeć na trawie. Jedynym poważnym niedociągnięciem była zbyt duża odległość do sterty piasku. Która to sterta cieszyła się względami najmłodszego z gości - Kubusia, przez co jego mama miast relaksować się przy ogniu, zmuszona była utworzyć lotną brygadę krążącą na trasie karimata-piaskownica. Łukasz tymczasem palił gazetę, której fragmenty jeszcze długo potem osiadały nam na skórze i włosach. Muszę powiedzieć, że taki kontakt z prasą umiarkowanie mi odpowiada. W późniejszej części wieczoru zechciał spaść deszcz, co bardzo nas ucieszyło. Opady są jak wiadomo stałym punktem programu naszych ognisk i bez nich z pewnością czulibyśmy się nieswojo. Nie byliśmy jednakże dostatecznie uwędzeni, więc przetrzymaliśmy namaczanie i dzielnie okadzaliśmy się aż do wystąpienia nocnych ataków senności. Na następne ognisko uczestnicy proszeni są o zabranie łóżek polowych.
Fot.: zjawiskowa uroda. Zjawa z lewej trochę smutna
Łukasz deszczoodporny

Kubuś w trakcie odpiaszczania

sobota, 22 sierpnia 2009



Po południu, w miłym towarzystwie Pyzy, poszliśmy nad Wisłę nakarmić komary. Pyza zaznajomiła nas z kurdybankiem (ziele to, nie przekleństwo). Z wdzięczności przeprowadziliśmy ją szlakiem "Perły nadwiślańskiej architektury w chaszczowym parku krajobrazowym", tj. zaprowadziliśmy do domków koła wędkarskiego. Domków jest kilkanaście a wszystkie stworzone z niegdysiejszych przyczep, pawilonów blaszanych itd. Kilka okolonych jest rozczulającymi płotkami, większość ma firanki. Członkowie koła wędkarskiego muszą być dżentelmenami, którzy do kolacji z paprykarza szczecińskiego złożonej nie siadają bez zmiany koszuli. Osadę chaszczydzką zasiedla ponadto stado imponująco muskularnych kotów, będących żywym dowodem na to, że dieta rybna jest zdrowa. Kociska są dość wyniosłe i myślę, że nie spojrzałyby na coś tak pospolitego jak mysz, nawet gdyby podano im ją na srebrnym talerzu, pieczoną i z rajskim jabłuszkiem w pyszczku.

piątek, 21 sierpnia 2009

Teren płazki

Jadąc do Włocławka mijaliśmy zawsze malowniczo zrujnowaną chałupinkę. Dzisiaj w tym miejscu leżało tylko trochę gruzu.
- Patrz - mówię do Łukasza - zburzyli moją ulubioną ruderę z ulicy Żabiej.
- No, żabrali.

Dzisiaj do pełni szczęścia do domu wszedł krokiem pewnym kot. Nie wiem, czym to wytłumaczyć, ale mam wrażenie, że moja obecność przeszkadza tym wszystkim biednym stworzeniom, na które jestem uczulona i które tak bezwzględnie tępię.
One są po prostu zbyt dobrze wychowane, żeby o tym mówić, ale najlepiej byłoby, gdybym na zimę wyprowadziła się na okoliczny ugór.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Myszołów

Mamy mysz. A w zasadzie mysz ma nas. Za nic. I grasuje w szafkach. Skandaliczne to zachowanie próbuje ukrócić Łukasz za pomocą trutki. Na razie bez sukcesu, bo gryzoń od toksyn stroi. Mogę się natomiast założyć, że skarży się innym myszom na warunki lokalowe ("jakieś podejrzane typy kręcą się pod szafkami") i na fatalną kuchnię.

PS Wypróbowane metody na eksmisję myszy rada poznam.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

To lubię - rzekłem - to lubię!

"Komary lubię za to, że je chociaż zabić można" powiedziała mściwie babcia Zofia, nadając jednemu z fruwających krwiopijców płaską formę.
Musimy uważać, żeby czymś babci nie podpaść.

Buja w obłokach

Otwieram poranną pocztę a tam zdjęcia brata zawieszonego na lince nad mapą satelitarną Google. I krótki opis z uwagą, że wyskoczenie z leącego samolotu nie jest (?!!!) wcale takie straszne.
Patrz, mówię do Franka, wuj w chronionym spadzie.

niedziela, 16 sierpnia 2009

Pokusy wielkomiejskie


W trakcie piątkowej bytności w pobliskiej metropolii (13 tys. mieszkańców), kupiłyśmy z Anią wyszukane pierścionki - jej z różowych brylantów, mój z niebieskich. Lśnienie, jakie się wokół ich roztacza jest drugą po Chińskim Murze rzeczą widzianą z kosmosu. Zjadłyśmy też włoskie lody, uczynione z substancji NIE roztapiającej się w upale. Na koniec Ania wypatrzyła ogromnie zachęcającą reklamę masażu wraz z sugestywną ilustracją kwitnącego po nim wyglądu. Nęcące.

Wizja lokalna.



Jako że w Łukaszu odżyły sentymenty kajakowe, pojechaliśmy nad pobliską rzeczułkę sprawdzić, czy da się urządzić na niej spływ. Biorąc pod uwagę ilość zwalonych drzew i postawionych w nieokreślonym celu tam, byłby to jedyny w swoim rodzaju pieszy spływ polegający na niesieniu kajaka wzdłuż brzegu. Woda miała niezachęcający rdzawy odcień, co w pewnych okolicznościach mogłoby stanowić nawet pewną zaletę - "wracamy ze spływu Żółtą Rzeką" brzmiałoby bowiem imponująco. Obejrzeliśmy strugę i ruszyliśmy w las w ramach dawania upustowi drugiej nierealizowanej pasji Łukasza, tj. jeździe terenowej. Nie muszę chyba napomykać, że nasz sceniczny Renoir ma tyle wspólnego z autem terenowym, co jamnik z chartem.
Na koniec znaleźliśmy urokliwe miejsce, rozłożyliśmy karimaty i legliśmy z zamiarem robienia niczego. Rychło okazało się, że przebiegający nieopodal dukt jest w istocie ruchliwym szlakiem komunikacyjnym, toteż co chwila mijały nas rozmaite pojazdy jedno i dwuśladowe. Tubylcy obrzucali nas zaskoczonymi spojrzeniami i nic w tym dziwnego, bo było trochę tak, jakbyśmy z leżakami rozłożyli się dajmy na to na chodniku przed sklepem. Niemniej Franek był zachwycony mogąc obserwować przejeżdżające traktory i auta. Następnym razem rozłożymy biwak przy szosie.

sobota, 8 sierpnia 2009

Wojna na Pradze. Pokój na piętrze.

Spędzamy weekend w Warszawie. Franek zainaugurował sobotę o godzinie 5:45 próbą odkręcenia nosa babci. Babcia wielkodusznie zrezygnowała z odwetu dzięki czemu nie doszło do eskalacji przemocy. Potem w najlepszej komitywie oglądali z wyżyn balkonu przejeżdżające ulicą samochody. Fascynujące to widowisko bez reszty pochłonęło uwagę młodego. Zdaje się, że będę zmuszona wykupić u babci abonament na codzienne relacje wideo. Albo zamówię fototapetę z widokiem parkingu, bo dziecka nasze domowe zaokienne wiejskie widoki jakoś nie nęcą.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Jarzynobranie czyli zaniedbana profilaktyka uzależnień


Młody z entuzjazmem spożywa różne atrakcyjne dania. Mus z marchewki wciąga nawet nosem.
Obserwujący to Łukasz diagnozuje ponuro: marchewkoman

Pożegnanie z obiadem

Nasz dom i leżący przy nim ogródek otoczone są płotem, za którym chadza żywy inwentarz w postaci dziesięciu niosek. Odkąd odkryły one, że jeśli będą wystarczająco długo iść wzdłuż siatki, to dotrą do otwartej bramy, coraz częściej pojawiają się na naszym podwórku. Przed chwilą dokuchni zajrzała kura. Zapraszałam, żeby została na obiedzie, ale z gdakaniem wzięła nogi za pas. A już myślałam, że udało mi się ułożyć dzisiejsze menu.

sobota, 25 lipca 2009

Pola Relaksa

Wiedziemy hulaszczy tryb życia. Bardzo to wyczerpujące. Tu właśnie wróciliśmy z grillowania, podczas którego najedliśmy się kiełbasy i nawąchaliśmy piwa. Jak widać, uderzyło nam do głowy

Ogniskowa


W ubiegłą sobotę udało się rozpalić rytualne weekendowe ognisko. Przybyli goście byli nieco zalęknieni, bowiem niebo tego dnia wisiało jakoś nisko i miało nieprzyjazny stalowy kolor. Łukasz wszakże takie drobiazgi jak pierwsze krople deszczu oraz dochodzące zza horyzontu grzmoty po prostu ignorował i zawzięcie dorzucał coraz to nowe gałęzie. Polityka nie przyjmowania burzy do wiadomości okazała się skuteczna, zdążyliśmy bowiem zwęglić wymaganą ilość kiełbasek zanim ulewa zmusiła nas do sprintu w kierunku domu. Pozostała część wieczoru upłynęła w nastrojowej atmosferze, w blasku świec i w rytmie naprzemiennie wyłączanego i włączanego prądu.
Jedni z gości odjeżdżając zostawili koszulkę, mamy więc pretekst by ich ściągnąć następnym razem ("Jeżeli chcecie jeszcze zobaczyć Waszą koszulkę żywą, przyjedzcie w weekend. Nie próbujcie powiadamiać policji"). Nie mamy natomiast czym zaszantażować drugich gości, a boimy się, że na hasło "ognisko u Łukasza" mogą zareagować napadem paniki.

czwartek, 23 lipca 2009

Mimikra

Onegdaj, wracając z miasta, zobaczyliśmy leżącą w polu połamaną brązową parasolkę w brązowe cętki. Biorąc pod uwagę ilość wywożonych do pobliskiego lasu śmieci nie był to widok niezwykły. Do czasu, gdy podeszliśmy bliżej, a parasolka łysnęła ku nam czarnym okiem i odleciała. Od tej pory kupując parasol będę się zawsze obawiała, że w sklepie wcisną mi samicę bażanta.

Archeologia rzeczowa

W środę odbyliśmy z Frankiem wyprawę do miasta powiatowego. Przedsięwzięcie to wymaga użycia chusty. Chcąc jechać pekaesem i wziąć wózek musielibyśmy zostać wzięci na hol, bo w środku nie przewiduje się miejsca na takie ekstrawagancje jak dodatkowy pojazd z niemowlakiem. Pomysł z holowaniem miał swój urok, tym bardziej, że niewielkim nakładem środków moglibyśmy uczynić z wózka pojazd uprzywilejowany: pożyczyłabym od mamy Łukasza koguta, a Franek zapewniłby sygnał dźwiękowy. Rozwiązanie to nie zostało zastosowane li wyłącznie z braku sznurka, który o tej porze roku - jak wiadomo - jest potrzebny do snopowiązałek. Zawiązałam więc dziecko w zgrabny tobołek na brzuchu, wzięłam torbę z przydasiami oraz parasol i wyszłam przed dom. Mama Łukasza spojrzała na mnie krytycznie i stwierdziła, że ludzie na pewno pomyślą, że Łukasz wyrzucił mnie z domu.
Z wyprawy przywieźliśmy m.in. niedawno wydane wspomnienia Jerzego Antczaka. Które to natychmiast gdzieś przepadły. Znalazłam je dopiero wczoraj, pod stertą rzeczy piętrzących sie na desce do prasowania. Biorąc pod uwagę uczucia, jakie żywię do żelazka, Antczak równie dobrze mógłby zostać odkopany w okolicach Bożego Narodzenia. A jeszcze bardziej prawdopodobne byłoby znalezienie go za jakieś paręnaście setek lat przez grupę archeologów, którzy nie mogliby wyjść ze zdumienia, że istniała kultura nakazująca swym członkom trzymanie książek pomiędzy bardzo grubymi warstwami ubrań.

wtorek, 21 lipca 2009

Materializm sylabiczny

"Mam, mam, ba!" dobitnie wygłasza Franek z wyżyn swego przewijaka. Zdecydowanie "mieć" wygrywa u nas z "być".

sobota, 18 lipca 2009

Akcja rosiczka

Oto specjalna machina stworzona w celu zdziesiątkowania sił nieprzyjaciela (czyt.: much). Odkurzacz niejedno ma oblicze. Walka okazuje się wciągająca. Dla insektów szczególnie.

, , , , , , , , ,

Utrapieniem okolicy są mikroskopijne czarne owady zwane tutaj przecinkami. Bardzo trafna nazwa bo faktycznie wyglądają, jak pogubione przez niechlujnego korektora znaki przestankowe. Mają zwyczaj gromadzenia się na ścianach i sufitach, z których następnie urządzają desant na bardziej przyziemnych lokatorów. Choć bez porównania mniej dokuczliwe niż komary, dają się nam jednak trochę we znaki, bo żadna to przyjemność czuć, że stale coś po człowieku pełza. Jakiś wyalienowany przecinek oderwał się nawet od stada współbraci i osiedlił się pod powierzchnią monitora w moim laptopie. Bardzo to dziwne wrażenie, gdy czyta się jakieś wiadomości, a fragment tekstu nagle odchodzi na bok. Na szczęście przecinki pozostają na razie jedynymi znakami interpunkcyjnymi, które się zautonomizowały. Atak wielokropków mógłby być gorszy.

poniedziałek, 13 lipca 2009

Malwersacja


Dzięki Ani zwiedziliśmy dzisiaj nieznane zakątki okolicy. Po drodze widzieliśmy, że tego lata obrodziły malwopodobne kwiaty (może ktoś wie, jak się nazywają?) oraz bułki śniadaniowe. Droga była nimi usiana, widać szybko rosną przy takiej pogodzie. W przydrożnych zaroślach dostrzegłyśmy też ptaszę wyglądające na skrzyżowanie papużki z wróblem. Egzotyczna ta tutejsza przyroda. Po cichu liczę, że te napotkane bułki rozsieją się u nas w ogrodzie. Cierpimy z Łukaszem na chlebosklerozę i co i rusz któreś z nas zapomina kupić pieczywo.

niedziela, 12 lipca 2009

W opałach


Odwiedzili nas znajomi - jak się okazało, czas0wo bezdomni, bo pod ich nieobecność reszta rodziny wybyła w nieznanym kierunku, unosząc ze sobą klucze. W ten sposób niewinni ci ludzie wpadli w naszą sieć. Łukasz natychmiast wykorzystał ich bezbronność i zarządził ognisko. Patrząc na jego zamiłowanie do palenia stosów cieszę się, że czasy inkwizycji odeszły w przeszłość.

czwartek, 9 lipca 2009

Odpuść sobie millefiori

Dostaliśmy kupione na odpuście cukierki wyglądające jak weneckie szkło.
Wielką entuzjastką jego jedzenia okazała się Babcia podolska. Na gwiazdkę planujemy podarować jej parę soczystych kryształowych salaterek. Są pożywniejsze i mają więcej witamin.

środa, 8 lipca 2009

Biała Dama

W nocy grzmiało. O trzeciej obudził mnie przemykający koło łóżka biały kształt. Pozbawiłam więc Łukasza snu. Z pewną pretensją, nie wspominał bowiem o istnieniu lokalnych upiorów czy zjaw. Pośpiesznie przeprowadzone pod tym kątem badania ujawniły siedzącą pod łóżkiem Żabę. Nasz pies boi się burzy i w jej trakcie przeistacza się ze stworzenia podwórzowego w domowe. Niestety moja alergia wyklucza Żaby chowające się pod łóżkiem, toteż Łukasz rozpoczął negocjacje wysiedleńcze za pomocą kapcia. Zajęło to sporo czasu, bo obie strony okazały się równie zdeterminowane, a psa jakoś nie przekonało czułe nań cmokanie. Być może ziarno wątpliwości, co do szczerości intencji zasiało w nim to, że cmokanie poprzedzone było okrzykiem "osz ty, do budy!"
Tak czy inaczej drzwi balkonowych strzeże teraz przewrócony stół ogrodowy, a mnie czeka odprawienie za pomocą odkurzacza egzorcyzmów wypędzających ducha psa z domu.

sobota, 4 lipca 2009

Bezbudzikowcy

Młody, wstawaj, zaspaliśmy! Mówię, przerażona porą, o której się obudziłam. Przed nami sześć kilometrów wyprawy zakupowej, z której mamy nadzieję przywieźć naszym ekologicznym pojazdem dwuśladowym (napęd: siłamatki) wiktuały niezbędne do przetrwania weekendu.
Młody patrzy na mnie nieżyczliwie, po czym z miną mówiącą "Ech, znów te obowiązki!", zaczyna obgryzać lewą stopę. Harówka rozpoczęta.

czwartek, 2 lipca 2009

Lepiej nie mówić

W sobotę odwiedzić nas mają przyjaciele. Radzi zrobilibyśmy na ich cześć ognisko. Problem w tym, że wspomnienie na głos o zbieraniu chrustu, ostrzeniu patyków bądź kupnie kiełbasy w sposób nieuchronny prowadzi do oberwania chmury, gradobicia oraz lokalnych trąb powietrznych w dniu spotkania. Łukasz planował w czasie suszy zaoferować swe usługi rolnikom - organizowałby u nich ogniska, a oni mieliby zapewnione deszcze.
W sobotę każdy z gości dostanie dla niepoznaki sztormiak, kalosze i koszyk na grzyby, w którym pod kozikiem przemyślnie ukryty będzie kawałek kiełbasy.
Na wszelki wypadek uruchomię jednak piecyk, gdyby nie udało się wywieść aury w pole, posiedzimy przy ognisku domowym.

wtorek, 30 czerwca 2009

Ty pójdziesz górą a ja doliną


Podłoga w naszym pokoju wybrzuszyła się interesująco, tworząc pokaźne wzniesienie. Wytłumaczenia tej sytuacji są dwa: albo pokój leży na styku płyt tektonicznych i stąd te pofałdowania terenu, albo dom próbuje rozmnożyć się przez pączkowanie. Ta druga hipoteza jest szczególnie bliska memu sercu, jako że przydałby nam się pokój dla Franka. Tak czy inaczej krajobraz wewnętrzny przyjemnie się nam urozmaicił.

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Mgnie oko




Dziadek puławski ma aparat z funkcją "fotografia sportowa" do robienia zdjęć obiektów w ruchu. Ciekawe czy nasz też to potrafi - zastanawiam się na głos. "Szachistom" słyszę od Łukasza.

niedziela, 28 czerwca 2009

Baczność! Odbezpieczone dziecko!


Niedziela przed szóstą rano. Plan na wyniszczenie rodziców wszedł w fazę realizacji. W tle - pierwsza ofiara.

sobota, 27 czerwca 2009

Wieczorem u wód

Łukasz oraz jego nieukrywany entuzjazm


Partyzanci chaszczydzcy
.

Czułość balneologiczna

Poturlaliśmy się dzisiaj na pływalnię, żeby sprawdzić możliwości spławiania młodego i remontu kręgosłupa jego matki. Na miejscu poznaliśmy pewną babcię, która właśnie skończyła namaczać wnuczkę. W trakcie swobodnej i wyszukanej konwersacji toczącej się wokół dzieci (zdumiewające, prawda?), babcia nadmieniła, że wnuczka lada moment będzie miała rodzeństwo. Wyraziła przy tym obawę co to będzie "bo przecież ona niemowlę pożre". Nie skomentowałam tego, ale w duchu pomyślałam, że ludzie mają w głowach przedziwne rzeczy. I w tym momencie wnusia - wyrośnięta, milcząca kilkulatka - ruszyła. Najpierw zaczęła młodego głaskać - wyglądało przy tym, że planuje mu wyrównać krzywiznę nosa aby tak rażąco nie wystawała z twarzy. Zaczęłam więc czynić taktyczny odwrót. Wtedy miłe to dziecię z determinacją weszło do gondoli żeby ucałować Frania na pożegnanie. Proporcje były mniej więcej takie, jakby do dorosłego człowieka zaczęło czulić się wyrośnięte słoniątko.
Zdaje się że pierwszym naszym zakupem przed pójściem na pływalnię będzie półpancerz praktyczny. Inaczej zrobią mi z dziecka naleśnik.

Ekwilibrystyka

Franek w dniu urodzin Pradziadka zechciał po raz pierwszy włożyć stopę do ust. Z rozmaitych poradników wynika, że osiągnął tym samym wyższe stadium rozwoju i w ogóle za chwilę zacznie całkować. Naturalnie nie omieszkaliśmy pochwalić się Pradziadkom zaznaczając, że to na cześć solenizanta ten wyczyn. Pradziadek natychmiast zadeklarował, że na cześć Prawnuka postara się zrobić to samo. Czekamy z zapartym tchem.

Urodzaj

Weszliśmy w Rok Mrówki. W ogrodzie żyją i rzekłabym, rozkwitają całe mrówcze narody. Tyle ich, że czekam na dzień, w którym zorganizują się w zwarte szeregi i zza otwartego okna usłyszę tupot miliarda małych nóżek. Pewnie wręczą nam wtedy nakaz eksmisji, jako że nasz dom wyraźnie stanowi dla nich wielką pokusę. Na razie przypuszczają dość chaotyczne ataki. Bywam zdziwiona, gdy sięgając po pastę do zębów dostrzegam na tubce obywatelkę M.

piątek, 26 czerwca 2009

Rapa Nui


Po okolicy krąży stadko geodetów. Wyglądają jakby szukali miejsc lęgowych. Widać nie mogą znaleźć odpowiedniej ostoi, bo cały czas przemieszczają się dalej. Dzisiaj byli u nas i zostawili Znak.
Sądzę, że wyznaczyli pępek świata. Wyspa Wielkanocna została zdetronizowana.

czwartek, 25 czerwca 2009

Enigma


"C cc" napisało dziecko na komputerze pod moją nieobecność. Obstawiam, że zostanie szyfrantem. Choć niektórzy są zdania że młode jest na usługach pewnej firmy sprzedającej obuwie.

Obchody


Dostałam dzisiaj miłą kartkę znad morza. Pocztówka projektu art. plastyka Z. Murzyna. Żal, że nie Mamonia.

W wiadomościach radiowych spikerka z dużą dozą satysfakcji obwieściła " Jest pierwsza ofiara powodzi w Polsce!". W powietrzu unosiło się niedopowiedziane przez nią "nareszcie".

Mama Łukasza wpadła, ratując się przed kolejnym wieczorem Przypowieści o Samochodach Różnych w wykonaniu Taty Łukasza. Opowiedziała przy okazji historię psa, który należał do jej brata Sylwka. Brat zwykł po powrocie z pracy chadzać w odwiedziny do znajomych - swojej dziewczyny lub jednego z dwóch mieszkających w pobliżu kolegów. Sąsiedzi zawsze wiedzieli, kiedy Sylwek był u kogoś z wizytą, bo jego pies przybiegał najpierw pod dom dziewczyny, obwąchiwał i jeżeli nie wyczuł Sylwka, szedł obwąchać dwa pozostałe domy, żeby znaleźć pana.

środa, 24 czerwca 2009

Pogodnie

W programie wydarzeń kulturalnych naszego zdroju przewidziano festiwal sztuk alternatywnych "Depresja". W następnym sezonie rysuje się szansa na festiwal tańca "Stupor".

Lokalne podtopienia


Kolejny raz obudziła mnie szybko rozprzestrzeniająca się po łóżku mokra plama. Franek zapytany o jej pochodzenie stanowczo odciął się od sprawy. Wnioskuję, że to przypadkowy przechodzeń wszedł przez okno i nasikał nam do łóżka. Złoczyńca.

czwartek, 18 czerwca 2009

Czy pies, czy płaz to


Co to dziecko będzie miało w głowie, zastanawiam się uspokajając Franka: "To tylko Żaba szczeka".