
W ubiegłą niedzielę zostaliśmy wysłani przez mamę Łukasza po śliwki. Jak się okazuje, wśród drzew czereśni przyczaiła się jedna śliwa. Do tej pory nikt nie miał pojęcia o jej istnieniu, ale w tym roku obrodziła pięknymi owocami, więc tak jakoś wpadła nam w oko. Śliwkobranie zostało przeprowadzone, ale wykonane przy okazji zdjęcie ujawniło, że są wśród nas pewne osoby (nie będę pokazywać palcem) bez głowy. Przy odrobinie dobrej woli i wyćwiczeniu potępieńczych jęków, Łukasz ma szansę stać się lokalną atrakcją turystyczną. W pobliżu mamy nawet ruiny zamku, w których mógłby straszyć. Jak się podszkolę w przenikaniu przez ściany, dołączę do niego w charakterze duszycy.
Oj tak, to rok śliwkowy. Taki urodzaj, że można stracić głowę. Sama zastanawiam się czy moja tkwi jeszcze na miejscu ;)
OdpowiedzUsuń