piątek, 30 października 2009

On pesymistuje.

Relacjonuję Łukaszowi jakieś zajście z udziałem Franka, z ktrórego finału potomek nie był zadowolony. Toteż kończę opowieść słowami "Nie był kontent".
"Był malkontent",  podsumowuje Łukasz

czwartek, 29 października 2009

Dania krajobrazowe



Odkąd luba dziecina zaprzyjaźniła się z katarem, ograniczyliśmy kontakty z cywilizacją do absolutnego minimum.  Naturalnie z troski o to aby nie narażać cywilizacji na zagładę po zetknięciu ze Straszliwym Franciszkowym Zaziębieniem.  Przechadzamy się więc po pejzażu łąkowym, obfitującym w strojne rosą źdzbła traw, piasek zroszony łzami deszczu oraz inne przyczyny przemoczonego obuwia. Między rojeniami o wymianie wszystkich posiadanych par szpilek na kalosze, dostrzegam dekoracyjność landszaftu. Wierzby się rosochacą,  postmalinowe chruśniaki  i kaliny czerwone gromadzą się licznie - po prostu bajka. Przyjezdnym powinno się wręczać kartę dań wzrokowych. Krajobraz chopinowski jako danie główne i  leśmianowskie wariacje na deser. Dla bardzo łakomych kanapka z Schulza na dokładkę, pod warunkiem, że odważą się zapuścić na nasz strych.

PS       Tu też niezłe menu: http://janwsol-pl.blogspot.com/2009/09/brums-marka.html

środa, 28 października 2009

Makijaż - trendy 2009


W naszej kotłowni stężenie sadzy przekroczyło dopuszczalne granice, więc Łukasz po południu się przebranżowił i udawszy na dach pełnił obowiązki kominiarza. Wrócił efektownie i trwale umorusany. "Nowy tusz, marki LaComin", oznajmił, gdy okazało się, że nawet kąpiel nie zmyła czarnych obwódek wokół oczu.

poniedziałek, 26 października 2009

Raport z oblężonej twierdzy

Na dworze zrobiło się tak ciepło, że nawet kury wyszły spod samochodu. Jest to zdarzenie niezwykłe, bo od kilku tygodni całymi dniami obserwują podwozie Łukaszowego auta. Zaczynałam już zapominać  jak te stworzenia wyglądają. A tu proszę, taka niespodzianka. Niestety, wyższa temperatura obudziła też osy, które zaczęły zapamiętale szturmować nasz dom. Specjalnie im się nie dziwię, bo na kuchni smażą się powidła z zebranych w niedzielę przemrożonych węgierek. Tak słodkich, że sama ledwo się powstrzymuję od latania wokół garnka. Co nie zmienia tego, że bezlitośnie niszczę stingi. Efekt dotychczasowych zmagań: 6:0

Radiologia

Mieszkamy w miejscu, w którym fale radiowe zwijają się spiralnie, wkręcają w ziemię i przepadają bez śladu. Radio działa chimerycznie bądź wcale, a wybór kanałów jest nieograniczony. Pod warunkiem, że chce się słuchać dwóch stacji na krzyż, z których jedna co jakiś czas staje się niema. Pozostaje wtedy słuchanie radia Merkury, nadającego z sąsiedniego województwa i zajmującego się  życiem Poznania. O ileż uboższe było nasze życie gdy nie mieliśmy informacji o korku na Rondzie Kaponiera, bądź robotach drogowych na Śródce! Mamy nadzieję, że za jakiś czas usłyszymy spikera z rozgłośni katowickiej. Na nasze lokalne stacje nie liczymy. Pewnie słuchają ich mieszkańcy Zakopanego.

niedziela, 25 października 2009

Znajdź szczegół, którym różnią się te dwa obrazki


Brakuje nam tylko Praktycznej Baryłeczki do przechowywania Różnych Różności.

CBO - Centralne Biuro Ociepleniowe


Koalicja na Rzecz Domowego Ocieplenia. Panowie odpowietrzają kaloryfer.

Zimnocieplnie

Temperatura podłogi  w naszym przytulnym lokum przywodzi na myśl wakacje na lodowcu. Chodzenie po niej bez otuliny termoizolacyjnej jest wysoce nierozsądne. A jak wiadomo, niemowlęta mają to do siebie, że kontakt z podłożem jest im niezbędny aby mogły bez przeszkód rozwijać umiejętność wkładania palców do kontaktów oraz wysypywania rzeczy z szuflad. Nie chcąc pozbawiać Franka tych przyjemnostek poszłam na daleko idące ustępstwa i zgodziłam się  na położenie dywanu. Jako licencjonowany astmatyk, mam dreszcze na samą myśl o jakiejkolwiek wykładzinie, ale dotychczasowe doświadczenia pokazują, że ewolucja to ściema, bo potomek nie chce się przystosować do niskich temperatur i nie pokrywa się gęstym futrem. Wyłożyliśmy więc podłogę czym się dało i gdzie się dało. Efekt wizualny jest więcej niż oszałamiający i z pewnością zasługujemy na pochwałę za odważne łączenie kompletnie nieprzystających stylów.
Dziecko jest wniebowzięte. Skrupulatnie wyszukuje te nieliczne miejsca, których nic nie okrywa i grzecznie sobie na nich leży.

Nad rodzica cenniejsza poziomica

W piątek dziadkowie zawieźli nas na kontrolę do lekarza. Pani doktor zaaprobowała i dopuściła do obrotu Franka, zaznaczając, że mamy go zniechęcać do spacerów przy meblach. Stoimy teraz przed trudnym zadaniem powtórnego spoziomowania potomka.
Wpadliśmy także z kurtuazyjną wizytą do pediatry, licząc na to, że podrzucimy mu męczący nas katar. Nic wszakże nie wskóraliśmy, widocznie ktoś nas ubiegł i dostarczył ciekawsze mikroby.
Nasyceni kontaktami ze służbą zdrowia, wracaliśmy dodom, zahaczając o rynek, na którym babcia Zosia miała do załatwienia nie cierpiące zwłoki sprawy. Zniknęła na dłuższą chwilę, po czym wróciła z workiem papryki i sensacyjną wiadomością:
- Wiesz, że ten już stoi i sprzedaje kwiaty? - zwróciła się do dziadka, wsiadając do samochodu - Ten, co ma gospodarstwo przy cmentarzu komunalnym. Jak on się nazywa, nie pamiętam. No ten, co wziął i umarł.
- Umarł i stoi? - zaniepokoił się  lekko dziadek.

czwartek, 15 października 2009

Ryki Martin

Syn w ostatnich dniach zaczął imponująco chrypieć, czyniąc konkurencję Cohenowi i Cockerowi pospołu. W związku z tym zamiotłam wczoraj pod dywan gruzy planów weekendowego wyjazdu . A tu niespodziewajka, bo dzisiaj odwiedzony pediatra pan udzielił nam  dyspensy na podbój stolicy. Jutro zaczynamy tournee. W programie  utwór "Wrzask" - wokalna odpowiedź na "Krzyk" Muncha. Podczas następnego występu artysta odniesie się do "Skowytu" Ginsberga.

Ufff...

"W wielu miejscch drogi są nieprzejezdne z uwagi na zwalone komary" powiedział spiker. Spojrzałam z niedowierzaniem na sufit. Na szczęście (?!) nasze komary wyglądają kwitnąco. Mimo zaawansowania października stado nie zeszczuplało specjalnie.

poniedziałek, 12 października 2009

Dom w rozlewisku

Dzietsko zasadniczo potrafi trafić łyżką z pokarmem do dzioba. Co którąś jednak kolejkę uznaje za stosowne dokonać malowniczego rozbryzgu (lub rozchlupu, w przypadku dania bardziej płynnego). Siadając z potomkiem do posiłku zapobiegawczo zakładam fartuch. Nie od rzeczy byłaby też maska, jaką przywdziewają spawacze, bo Franek wiele czasu poświęca na ćwiczenie wymowy "p". A jest to spółgłoska o dużej sile rażenia, szczególnie, gdy w menu figurują buraczki.
Nie żebym narzekała. Nawet kibicuję Frankowi, bo efety jego poczynań odwracją nieco  uwagę od śladów na suficie, jakie powstały, gdy dnia pewnego otworzyłam termos zawierający  tygodniowy kompot z moreli. To, w co przekształcił się wspomniany napój, wybuchło w sposób wybitnie efektowny. Przetestuję jeszcze kilka przetworów i zostanę specem od efektów specjalnych.

piątek, 2 października 2009

Lepsze jutro

Za sprawą prostego zabiegu przygotowania do jutrzejszych wydarzeń weszły w fazę finalną. Okroiłam po prostu menu o jedną czwartą oraz uznałam, że bałagan w mieszkaniu wzmaga poczucie przytulności.  Gdyby nie babcia Zosia, która dzielnie pichci rozmaite specjały, żołądki gości wystawione zostałyby na ciężką próbę. Szukam teraz rozwiązania, które pozwoliłoby mi uniknąć prasownia rzeczy na jutro. Może ogłoszę, że najmodniejszy w tym sezonie jest gniot-look?

czwartek, 1 października 2009

Trzask, prask i potrzask.


Potomek nie jest może duży, ale drapieżny owszem. Na zdjęciu: wujek Jerzy w potrzasku. Drżyjcie goście sobotni!