Dzietsko zasadniczo potrafi trafić łyżką z pokarmem do dzioba. Co którąś jednak kolejkę uznaje za stosowne dokonać malowniczego rozbryzgu (lub rozchlupu, w przypadku dania bardziej płynnego). Siadając z potomkiem do posiłku zapobiegawczo zakładam fartuch. Nie od rzeczy byłaby też maska, jaką przywdziewają spawacze, bo Franek wiele czasu poświęca na ćwiczenie wymowy "p". A jest to spółgłoska o dużej sile rażenia, szczególnie, gdy w menu figurują buraczki.
Nie żebym narzekała. Nawet kibicuję Frankowi, bo efety jego poczynań odwracją nieco uwagę od śladów na suficie, jakie powstały, gdy dnia pewnego otworzyłam termos zawierający tygodniowy kompot z moreli. To, w co przekształcił się wspomniany napój, wybuchło w sposób wybitnie efektowny. Przetestuję jeszcze kilka przetworów i zostanę specem od efektów specjalnych.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Moja krew!!!
OdpowiedzUsuńJa kiedyś, dawno temu - jeszcze w Alejach Jerozolimskich - otworzyłem zapomnianą w zamrażalniku coca colę zapakowaną w butelkę starego, historycznego wzoru.
Wielokrotne malowanie sufitu nie zdołało przywrócić mu dawnej bieli ;-(
Uściski dla Wsiech!
taaa, my też ćwiczymy "p", ale Krysia jest początkująca, więc i pole rażenia na razie niewielkie :)
OdpowiedzUsuń