W środę odbyliśmy z Frankiem wyprawę do miasta powiatowego. Przedsięwzięcie to wymaga użycia chusty. Chcąc jechać pekaesem i wziąć wózek musielibyśmy zostać wzięci na hol, bo w środku nie przewiduje się miejsca na takie ekstrawagancje jak dodatkowy pojazd z niemowlakiem. Pomysł z holowaniem miał swój urok, tym bardziej, że niewielkim nakładem środków moglibyśmy uczynić z wózka pojazd uprzywilejowany: pożyczyłabym od mamy Łukasza koguta, a Franek zapewniłby sygnał dźwiękowy. Rozwiązanie to nie zostało zastosowane li wyłącznie z braku sznurka, który o tej porze roku - jak wiadomo - jest potrzebny do snopowiązałek. Zawiązałam więc dziecko w zgrabny tobołek na brzuchu, wzięłam torbę z przydasiami oraz parasol i wyszłam przed dom. Mama Łukasza spojrzała na mnie krytycznie i stwierdziła, że ludzie na pewno pomyślą, że Łukasz wyrzucił mnie z domu.
Z wyprawy przywieźliśmy m.in. niedawno wydane wspomnienia Jerzego Antczaka. Które to natychmiast gdzieś przepadły. Znalazłam je dopiero wczoraj, pod stertą rzeczy piętrzących sie na desce do prasowania. Biorąc pod uwagę uczucia, jakie żywię do żelazka, Antczak równie dobrze mógłby zostać odkopany w okolicach Bożego Narodzenia. A jeszcze bardziej prawdopodobne byłoby znalezienie go za jakieś paręnaście setek lat przez grupę archeologów, którzy nie mogliby wyjść ze zdumienia, że istniała kultura nakazująca swym członkom trzymanie książek pomiędzy bardzo grubymi warstwami ubrań.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz