Jako że w Łukaszu odżyły sentymenty kajakowe, pojechaliśmy nad pobliską rzeczułkę sprawdzić, czy da się urządzić na niej spływ. Biorąc pod uwagę ilość zwalonych drzew i postawionych w nieokreślonym celu tam, byłby to jedyny w swoim rodzaju pieszy spływ polegający na niesieniu kajaka wzdłuż brzegu. Woda miała niezachęcający rdzawy odcień, co w pewnych okolicznościach mogłoby stanowić nawet pewną zaletę - "wracamy ze spływu Żółtą Rzeką" brzmiałoby bowiem imponująco. Obejrzeliśmy strugę i ruszyliśmy w las w ramach dawania upustowi drugiej nierealizowanej pasji Łukasza, tj. jeździe terenowej. Nie muszę chyba napomykać, że nasz sceniczny Renoir ma tyle wspólnego z autem terenowym, co jamnik z chartem.
Na koniec znaleźliśmy urokliwe miejsce, rozłożyliśmy karimaty i legliśmy z zamiarem robienia niczego. Rychło okazało się, że przebiegający nieopodal dukt jest w istocie ruchliwym szlakiem komunikacyjnym, toteż co chwila mijały nas rozmaite pojazdy jedno i dwuśladowe. Tubylcy obrzucali nas zaskoczonymi spojrzeniami i nic w tym dziwnego, bo było trochę tak, jakbyśmy z leżakami rozłożyli się dajmy na to na chodniku przed sklepem. Niemniej Franek był zachwycony mogąc obserwować przejeżdżające traktory i auta. Następnym razem rozłożymy biwak przy szosie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz