Temperatura podłogi w naszym przytulnym lokum przywodzi na myśl wakacje na lodowcu. Chodzenie po niej bez otuliny termoizolacyjnej jest wysoce nierozsądne. A jak wiadomo, niemowlęta mają to do siebie, że kontakt z podłożem jest im niezbędny aby mogły bez przeszkód rozwijać umiejętność wkładania palców do kontaktów oraz wysypywania rzeczy z szuflad. Nie chcąc pozbawiać Franka tych przyjemnostek poszłam na daleko idące ustępstwa i zgodziłam się na położenie dywanu. Jako licencjonowany astmatyk, mam dreszcze na samą myśl o jakiejkolwiek wykładzinie, ale dotychczasowe doświadczenia pokazują, że ewolucja to ściema, bo potomek nie chce się przystosować do niskich temperatur i nie pokrywa się gęstym futrem. Wyłożyliśmy więc podłogę czym się dało i gdzie się dało. Efekt wizualny jest więcej niż oszałamiający i z pewnością zasługujemy na pochwałę za odważne łączenie kompletnie nieprzystających stylów.
Dziecko jest wniebowzięte. Skrupulatnie wyszukuje te nieliczne miejsca, których nic nie okrywa i grzecznie sobie na nich leży.
niedziela, 25 października 2009
Nad rodzica cenniejsza poziomica
W piątek dziadkowie zawieźli nas na kontrolę do lekarza. Pani doktor zaaprobowała i dopuściła do obrotu Franka, zaznaczając, że mamy go zniechęcać do spacerów przy meblach. Stoimy teraz przed trudnym zadaniem powtórnego spoziomowania potomka.
Wpadliśmy także z kurtuazyjną wizytą do pediatry, licząc na to, że podrzucimy mu męczący nas katar. Nic wszakże nie wskóraliśmy, widocznie ktoś nas ubiegł i dostarczył ciekawsze mikroby.
Nasyceni kontaktami ze służbą zdrowia, wracaliśmy dodom, zahaczając o rynek, na którym babcia Zosia miała do załatwienia nie cierpiące zwłoki sprawy. Zniknęła na dłuższą chwilę, po czym wróciła z workiem papryki i sensacyjną wiadomością:
- Wiesz, że ten już stoi i sprzedaje kwiaty? - zwróciła się do dziadka, wsiadając do samochodu - Ten, co ma gospodarstwo przy cmentarzu komunalnym. Jak on się nazywa, nie pamiętam. No ten, co wziął i umarł.
- Umarł i stoi? - zaniepokoił się lekko dziadek.
Wpadliśmy także z kurtuazyjną wizytą do pediatry, licząc na to, że podrzucimy mu męczący nas katar. Nic wszakże nie wskóraliśmy, widocznie ktoś nas ubiegł i dostarczył ciekawsze mikroby.
Nasyceni kontaktami ze służbą zdrowia, wracaliśmy dodom, zahaczając o rynek, na którym babcia Zosia miała do załatwienia nie cierpiące zwłoki sprawy. Zniknęła na dłuższą chwilę, po czym wróciła z workiem papryki i sensacyjną wiadomością:
- Wiesz, że ten już stoi i sprzedaje kwiaty? - zwróciła się do dziadka, wsiadając do samochodu - Ten, co ma gospodarstwo przy cmentarzu komunalnym. Jak on się nazywa, nie pamiętam. No ten, co wziął i umarł.
- Umarł i stoi? - zaniepokoił się lekko dziadek.
czwartek, 15 października 2009
Ryki Martin
Syn w ostatnich dniach zaczął imponująco chrypieć, czyniąc konkurencję Cohenowi i Cockerowi pospołu. W związku z tym zamiotłam wczoraj pod dywan gruzy planów weekendowego wyjazdu . A tu niespodziewajka, bo dzisiaj odwiedzony pediatra pan udzielił nam dyspensy na podbój stolicy. Jutro zaczynamy tournee. W programie utwór "Wrzask" - wokalna odpowiedź na "Krzyk" Muncha. Podczas następnego występu artysta odniesie się do "Skowytu" Ginsberga.
Ufff...
"W wielu miejscch drogi są nieprzejezdne z uwagi na zwalone komary" powiedział spiker. Spojrzałam z niedowierzaniem na sufit. Na szczęście (?!) nasze komary wyglądają kwitnąco. Mimo zaawansowania października stado nie zeszczuplało specjalnie.
poniedziałek, 12 października 2009
Dom w rozlewisku
Dzietsko zasadniczo potrafi trafić łyżką z pokarmem do dzioba. Co którąś jednak kolejkę uznaje za stosowne dokonać malowniczego rozbryzgu (lub rozchlupu, w przypadku dania bardziej płynnego). Siadając z potomkiem do posiłku zapobiegawczo zakładam fartuch. Nie od rzeczy byłaby też maska, jaką przywdziewają spawacze, bo Franek wiele czasu poświęca na ćwiczenie wymowy "p". A jest to spółgłoska o dużej sile rażenia, szczególnie, gdy w menu figurują buraczki.
Nie żebym narzekała. Nawet kibicuję Frankowi, bo efety jego poczynań odwracją nieco uwagę od śladów na suficie, jakie powstały, gdy dnia pewnego otworzyłam termos zawierający tygodniowy kompot z moreli. To, w co przekształcił się wspomniany napój, wybuchło w sposób wybitnie efektowny. Przetestuję jeszcze kilka przetworów i zostanę specem od efektów specjalnych.
Nie żebym narzekała. Nawet kibicuję Frankowi, bo efety jego poczynań odwracją nieco uwagę od śladów na suficie, jakie powstały, gdy dnia pewnego otworzyłam termos zawierający tygodniowy kompot z moreli. To, w co przekształcił się wspomniany napój, wybuchło w sposób wybitnie efektowny. Przetestuję jeszcze kilka przetworów i zostanę specem od efektów specjalnych.
piątek, 2 października 2009
Lepsze jutro
Za sprawą prostego zabiegu przygotowania do jutrzejszych wydarzeń weszły w fazę finalną. Okroiłam po prostu menu o jedną czwartą oraz uznałam, że bałagan w mieszkaniu wzmaga poczucie przytulności. Gdyby nie babcia Zosia, która dzielnie pichci rozmaite specjały, żołądki gości wystawione zostałyby na ciężką próbę. Szukam teraz rozwiązania, które pozwoliłoby mi uniknąć prasownia rzeczy na jutro. Może ogłoszę, że najmodniejszy w tym sezonie jest gniot-look?
czwartek, 1 października 2009
Trzask, prask i potrzask.
Potomek nie jest może duży, ale drapieżny owszem. Na zdjęciu: wujek Jerzy w potrzasku. Drżyjcie goście sobotni!
Subskrybuj:
Posty (Atom)