poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Kartka z podróży

W drodze do Gdańska minęliśmy szosę obsadzoną drzewami rosnącymi tak równo, że całość przypominała ilustrację z czytanki ("To pole. Ola hula po polu"). Chciałam się tym ważkim spostrzeżeniem podzielić z Łukaszem, ale umknęło mi słowo "elementarz".
- Jak się nazywa książka, z której dzieci uczą się czytać? - pytam zatem.
- Analfabetarz - z politowaniem podpowiada Łukasz.

niedziela, 23 sierpnia 2009

Zadyma

Franek od rana roztaczał wokół siebie subtelną woń wędzonki, co nawet niezorientowanym pozwalało domyślić się, że wczoraj płonął stos a na nim kolejne kiełbaski posądzone o czary.
Paliło się zacnie. Udoskonalony system połączonych karimat pozwolił inkwizytorom swobodnie leżeć na trawie. Jedynym poważnym niedociągnięciem była zbyt duża odległość do sterty piasku. Która to sterta cieszyła się względami najmłodszego z gości - Kubusia, przez co jego mama miast relaksować się przy ogniu, zmuszona była utworzyć lotną brygadę krążącą na trasie karimata-piaskownica. Łukasz tymczasem palił gazetę, której fragmenty jeszcze długo potem osiadały nam na skórze i włosach. Muszę powiedzieć, że taki kontakt z prasą umiarkowanie mi odpowiada. W późniejszej części wieczoru zechciał spaść deszcz, co bardzo nas ucieszyło. Opady są jak wiadomo stałym punktem programu naszych ognisk i bez nich z pewnością czulibyśmy się nieswojo. Nie byliśmy jednakże dostatecznie uwędzeni, więc przetrzymaliśmy namaczanie i dzielnie okadzaliśmy się aż do wystąpienia nocnych ataków senności. Na następne ognisko uczestnicy proszeni są o zabranie łóżek polowych.
Fot.: zjawiskowa uroda. Zjawa z lewej trochę smutna
Łukasz deszczoodporny

Kubuś w trakcie odpiaszczania

sobota, 22 sierpnia 2009



Po południu, w miłym towarzystwie Pyzy, poszliśmy nad Wisłę nakarmić komary. Pyza zaznajomiła nas z kurdybankiem (ziele to, nie przekleństwo). Z wdzięczności przeprowadziliśmy ją szlakiem "Perły nadwiślańskiej architektury w chaszczowym parku krajobrazowym", tj. zaprowadziliśmy do domków koła wędkarskiego. Domków jest kilkanaście a wszystkie stworzone z niegdysiejszych przyczep, pawilonów blaszanych itd. Kilka okolonych jest rozczulającymi płotkami, większość ma firanki. Członkowie koła wędkarskiego muszą być dżentelmenami, którzy do kolacji z paprykarza szczecińskiego złożonej nie siadają bez zmiany koszuli. Osadę chaszczydzką zasiedla ponadto stado imponująco muskularnych kotów, będących żywym dowodem na to, że dieta rybna jest zdrowa. Kociska są dość wyniosłe i myślę, że nie spojrzałyby na coś tak pospolitego jak mysz, nawet gdyby podano im ją na srebrnym talerzu, pieczoną i z rajskim jabłuszkiem w pyszczku.

piątek, 21 sierpnia 2009

Teren płazki

Jadąc do Włocławka mijaliśmy zawsze malowniczo zrujnowaną chałupinkę. Dzisiaj w tym miejscu leżało tylko trochę gruzu.
- Patrz - mówię do Łukasza - zburzyli moją ulubioną ruderę z ulicy Żabiej.
- No, żabrali.

Dzisiaj do pełni szczęścia do domu wszedł krokiem pewnym kot. Nie wiem, czym to wytłumaczyć, ale mam wrażenie, że moja obecność przeszkadza tym wszystkim biednym stworzeniom, na które jestem uczulona i które tak bezwzględnie tępię.
One są po prostu zbyt dobrze wychowane, żeby o tym mówić, ale najlepiej byłoby, gdybym na zimę wyprowadziła się na okoliczny ugór.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Myszołów

Mamy mysz. A w zasadzie mysz ma nas. Za nic. I grasuje w szafkach. Skandaliczne to zachowanie próbuje ukrócić Łukasz za pomocą trutki. Na razie bez sukcesu, bo gryzoń od toksyn stroi. Mogę się natomiast założyć, że skarży się innym myszom na warunki lokalowe ("jakieś podejrzane typy kręcą się pod szafkami") i na fatalną kuchnię.

PS Wypróbowane metody na eksmisję myszy rada poznam.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

To lubię - rzekłem - to lubię!

"Komary lubię za to, że je chociaż zabić można" powiedziała mściwie babcia Zofia, nadając jednemu z fruwających krwiopijców płaską formę.
Musimy uważać, żeby czymś babci nie podpaść.